Leczyć inaczej

Jul 23, 2019 at 9:25 am

Medycyna tybetańska to przyglądanie się i wsłuchanie się w całe ciało a leki to zioła oraz rożnego rodzaju ćwiczenia. Tybetańscy lekarze oglądają ciało tak, jakby oglądali ziemie w ogrodzie. Nie szukają objawów choroby, które często są widoczne gołym okiem. Szukają zaburzeń sfery – tego, czego potrzeba ciału, by samo obroniło sie przed chorobą. Lekarze muszą znaleźć konkretne potrzeby ciała, inaczej – jak można wzmocnić tę “glebę”, żeby mogła sama stawić czoła chorobie. Tybetańscy lekarze w celu wzmocnienia ciała uciekają sie do leków, które wydawałyby się ezoteryczne, zalecają akupunkturę, medytacje, napary ziołowe i dużo mówią o zmianie diety. Z punktu widzenia medycyny nowoczesnej, wyżej wymienione sposoby wydają się być pozbawione skuteczności, w najlepszym przypadku mogą być traktowane, jako środki zaradcze, które z kolei mogą dać tymczasową ulgę.
Jeden z lekarzy Zachodu, zadał pytanie lekarzom tybetańskim:, “ Którą metodę należałoby wybrać w przypadku nowotworu, zachodnią medycynę nowoczesną, czy starożytną?”
Odpowiedź była oczywista z punktu widzenia lekarza tybetańskiego:, “Jeśli jest to ostra choroba, taka jak zapalenie płuc, zawal serca albo zapalenie wyrostka, trzeba iść do lekarza z Zachodu. Oni mają szybkie, skuteczne leki na kryzysy zdrowotne i wypadki, a jeśli choroba jest chroniczna, trzeba sie zwrócić do lekarza tybetańskiego. Ich kuracje trwają dłużej, ale dotykają głębi sfery. Na dłuższą metę jest to jedyna rzecz, która naprawdę działa’.
Ocenia się, że komórka rakowa potrzebuje od roku do czterdziestu lat, by zmienić sie w groźny nowotwór, wszystko zależy od naszego trybu życia, może nigdy się nie rozwinąć, jeśli jej tego nie umożliwimy. Czy w takim razie jest to ostra dolegliwość, czy przewlekła choroba? Co nasi nowocześni Zachodni lekarze robią, żeby dotrzeć w głąb “sfery”?
Doktor Richard, biochemik i profesor Uniwersytetu w Montrealu, kieruje jednym z największych na świecie laboratoriów medycyny molekularnej, specjalizujących sie w badaniu biologii raka. W ciągu dwudziestu lat współpracował z największymi firmami farmaceutycznymi, w celu rozpoznania mechanizmów, które mogłyby poprawić skuteczność leków antyrakowych. Ich zrozumienie pozwoliłoby opracować nowe środki, których działanie będzie niosło ze sobą mniej efektów ubocznych. Dr Beliveau i jego zespół skoncentrowali się na zagadnieniach biochemicznych, odległych o całe lata świetlne od trosk pacjentów cierpiących na raka. Pewnego dnia laboratorium dr Beliveau zostało przeniesione do nowej siedziby, mieszczącej się w szpitalu dziecięcym Uniwersytetu w Montrealu. Tam wszystko sie zmieniło.
Nowy sąsiad szefa placówki, kierownik działu hematoonkologii, poprosił doktora Beliveau, by zajął sie poszukiwaniem komplementarnych metod ograniczenia toksyczności i zwiększenia skuteczności chemioterapii i radioterapii. „ Jestem otwarty na wszystko, co pan znajdzie, byleby pomogło to nam w opiece nad dziećmi – powiedział. – Wszystko, co można dołączyć do istniejących kuracji. Nawet gdyby miało się wiązać z dietą”.
Koncepcja diety była obca farmakologii medycznej, którą Richard Beliveau praktykował przez dwadzieścia lat. Jednak od czasu przeprowadzki, w drodze do laboratorium codziennie przechodził przez oddział dla dzieci z białaczką. Rodzice często zatrzymywali go na korytarzu. „ Czy można zrobić coś jeszcze dla naszej córeczki? Może jakieś lekarstwo w fazie prób? Jesteśmy gotowi na wszystko”. Ale najtrudniej było wtedy, gdy zatrzymywały go same dzieci i zadawały te same pytania. Doktor był wstrząśnięty, w jego mózgu zaczęły się wykłuwać najrozmaitsze pomysły, czasem w środku nocy. Doszedł jednak do wniosku, że nie są nic warte. Zabrał się do przeglądania literatury z nadzieją, że znajdzie jakiś trop, którym mógłby podążyć. W ten właśnie sposób pewnego dnia trafił na przełomowy artykuł opublikowany w prestiżowym czasopiśmie „Nature”.
Od kilku lat cały przemysł farmaceutyczny zajmował się poszukiwaniem syntetycznej molekuły zdolnej do blokowania rozwoju nowych naczyń krwionośnych, potrzebnych guzom do wzrostu. Dwaj naukowcy z Instytutu Karolińskiego w Sztokholmie, doktorzy Yihai Cao i Renai Cao, po raz pierwszy dowiedli, że tak zwyczajny płyn jak herbata ( po wodzie najbardziej rozpowszechniony napój na świecie) jest w stanie blokować angiogenezę za pomocą takiego samego mechanizmu, jaki wykorzystują istniejące leki. Wystarczyły tylko dwie lub trzy filiżanki zielonej herbaty dziennie.
Pomysł olśnił doktora Beliveau, oznaczał, bowiem, że szukać należy w królestwie produktów spożywczych. Wszystkie dane epidemiologiczne potwierdzały odkrycie szwedzkich uczonych. Najistotniejszą różnicą między społeczeństwami z największymi i najniższymi wskaźnikami zachorowań na raka tkwiła w żywności. Kiedy mieszkaniec Azji zapadał na raka piersi lub prostaty, guz był zwykle mniej złośliwy niż u mieszkańców Zachodu. Fakty były takie, że wszędzie, gdzie obfito pito zieloną herbatę, nowotwory występowały rzadziej. Beliveau po raz pierwszy zadał sobie pytanie, czy związki chemiczne zawarte w niektórych rodzajach żywności są silnymi środkami antyrakowym. Co więcej, ludzie wypróbowali je przez pięć tysięcy lat, co dobitnie świadczyło o tym, że są nieszkodliwe. Wreszcie natrafił na coś, co można było zaproponować dzieciom, nie narażając ich na najmniejsze ryzyko: antyrakowy produkt spożywczy albo, jak to nazwał Beliveau, nutraceutyk.
Laboratorium medycyny molekularnej przy Szpitalu Dziecięcym im. Św. Justyny w Montrealu było jednym z najlepiej przygotowanych do tego, by poddać analizie skutki działania rozmaitych molekuł na wzrost komórek rakowych oraz angiogenezę naczyń krwionośnych potrzebnych do ich odżywiania. Gdyby Beliveau postanowił wykorzystać swój pięćdziesięcioosobowy zespół badawczy i sprzęt wart dwadzieścia milionów dolarów do poszukiwania antyrakowych produktów spożywczych, możliwy byłby błyskawiczny postęp. Była to jednak ryzykowna decyzja. Jako że żywności nie da się opatentować, nie można było liczyć na rentowność, – kto zatem miałby zapłacić za badania? Skoro nie istniał namacalny dowód słuszności podejścia do zagadnienia, podążanie tym tropem wydawało się nieuzasadnione ekonomicznie. Samo życie pchnęło doktora Beliveau do skoku, którego nie zaryzykowało jeszcze żadne laboratorium na świecie.

W pewien czwartkowy wieczór Richard Beliveau odebrał rozpaczliwy telefon, z którego dowiedział się, że jego przyjaciel ma złośliwego raka trzustki. Lenny mieszkał w Nowym Jorku. W szpitalu Sloan – Kettering Memorial, jednym z głównych ośrodków leczenia raka w Stanach Zjednoczonych, usłyszał, że zostało mu zaledwie kilka miesięcy życia. Rak trzustki jest jednym z najbardziej złowrogich nowotworów.
Lenny, rosły mężczyzna, lubiący gromko się śmiać, był postacią jak z powieści, a jego napady gniewu były wręcz legendarne. Poza tym uwielbiał pokera i hazard. Tym razem dostał złe karty, lecz tak jak zawsze zamierzał grać o zwycięstwo do samego końca. Chciał wiedzieć, czy Beliveau może mu coś zaproponować. Lenny gotów był pojechać na koniec świata, by wziąć udział w jakiejkolwiek procedurze eksperymentalnej terapii.
Żona Lenny’ego ledwo mówiła przez telefon. Mamrotała, że spędzili wspólnie trzydzieści dwa lata, że nigdy się nie rozstawali. Nie mogła sobie wyobrazić, że nagle to wszystko się kończy w taki sposób. Błagała o jeszcze trochę czasu.
Beliveau poprosił o przesłanie karty leczenia, a nazajutrz przejrzał międzynarodowe bazy danych w poszukiwaniu najnowszych programów badawczych. Jednak programy leczenia raka trzustki były bardzo nieliczne, a do tych, które istniały, nie przyjmowano z tak zaawansowaną chorobą. Doktor Beliveau z ciężkim sercem zadzwonił wieczorem do żony Lenny’ego, by powiedziec jej o porażce. Kobieta wybuchła płaczem. Wiedziała o zaangażowaniu doktora w badania nad żywnością i rakiem. Mówiła, że będzie się opiekować mężem od świtu do nocy, aż do ostatniej chwili i że Lenny zrobi wszystko, co mu powie, a jeśli doktor Beliveau ma jakieś sugestie, oni je wypróbują. Nie mieli nic do stracenia.
W istocie tak było. Beliveau stwierdził, że jeśli jego przemyślenia idą właściwą drogą, nadszedł moment, by pozwolić komuś potrzebującemu z nich skorzystać. Przez cały weekend przeglądał bazę danych MedLine. Wyszukał artykuły z najrozmaitszych źródeł dotyczące produktów spożywczych używanych do przyrządzania posiłków, oszacował stopień ich wchłaniania przez układ pokarmowy i tkanki. Po dwóch dniach intensywnej pracy stworzył pierwszą listę pokarmów przeciwdziałającym nowotworom, na podstawie, której miała później powstać książka. Na liście znalazły się między innymi rożne rodzaje kapusty, brokuły, czosnek, soja, zielona herbata, szafran indyjski, maliny, borówki i ciemna czekolada. W niedziele wieczorem Beliveau zadzwonił do żony Lenny’ego, by przekazać jej listę wraz z instrukcjami: „ Rak jest jak cukrzyca, codziennie trzeba mu poświęcać uwagę. Macie kilka miesięcy, pokarmy z tej listy Lenny musi jeść przy każdym posiłku, bez wyjątków. Nie chodzi o to, żeby spożywać je od czasu do czasu i nie wolno od nich odstępować”. Dodał, że wszystkie tłuszcze z wyjątkiem oleju z oliwek, rzepaku i siemienia, są zakazane, gdyż zawierają kwasy omega-6 sprzyjające stanom zapalnym. Polecił kilka japońskich przepisów, które znał i szczególnie lubił. Żona Lenny’ego zanotowala wszystko i obiecała, że będzie mu je codziennie przyrządzać. Była to jedyna nadzieja, której mogła się chwycić.
Z początku dzwoniła często. Skrupulatnie wypełniała zalecenia, lecz dręczył ją lęk. Szlochała przez telefon: „Nie chce go stracić….”. Po dwóch tygodniach jej głos się zmienił. „ Lenny wstał z łóżka pierwszy raz od czterech miesięcy. Jadł dzisiaj z apetytem”. Stan Lenny’ego poprawiał się z dnia na dzien. „ Czuje się lepiej… chodzi…wyszedł na spacer”. Beliveau nie wierzył własnym uszom. W końcu był to rak trzustki, spadający na człowieka jak grom, jeden z najbardziej złośliwych nowotworów. Nie ulega jednak wątpliwości, że w wycieńczonym organizmie Lenny’ego zachodzi jakaś zmiana.
Lenny przeżył cztery i pół roku. Guz długo utrzymywał się w stabilnym stanie, a nawet zmniejszył się o jedną czwartą. Mężczyzna znów mógł podróżować i realizować swoje pasje. Jego nowojorski onkolog stwierdził, że nigdy czegoś podobnego nie widział. Przez pewien czas Lenny chodził z rakiem, jak gdyby nigdy nic, ale w końcu jego ciało się poddało. Opowiadając jego historie, Richard Beliveau niemal się czerwienił. „ Pierwszy raz dałem komuś takie zalecenia. Pojedynczy przypadek, nie należało wyciągać z niego żadnych wniosków. Ale gdyby jednak było to możliwe…?
Dla badacza, który poświęcił życie biologii i chemioterapii, był to szok. Lecz z drugiej strony, co właściwie nie pozwala nam lepiej się odżywiać. Wszak nie ma żadnych przeciwwskazań, wręcz przeciwnie. Po doświadczeniu, którym okazała się terapia Lenny’ego, Richard Beliveau nadal zrywał się ze snu w środku nocy. „ Co z tym zrobić? – myślał. Czy mam prawo zbagatelizować spostrzeżenie tak istotne dla zdrowia publicznego? Czy wolno zrezygnować z systematycznego, naukowego badania dietetycznej metody leczenia?”
Po długich wahaniach postanowił rozpocząć w swoim laboratorium największy w historii program badań: biochemicznych skutków oddziaływania produktów żywnościowych zwalczających nowotwory. Ich wyniki radykalnie zmieniły pojecie o najlepszych metodach przeciwdziałania rakowi.
Kompleksowe podejście do zdrowia ciała i ducha człowieka, przybiera coraz większe znaczenie i częstsze zastosowanie, jest to, coraz szerzej stosowana medycyna holistyczna.